Strona główna

"And then one day you find


Ten years have got behind you
No one told you when to run,
You missed the starting gun"

Pink Floyd, "Time".

Pamiętam kiedy pisałam ostatnią notkę. Był to czerwiec, było ciepło, a ja zarwałam noc pisząc pracę semestralną (choć może to była prezentacja, nie jestem do końca pewna, bo obydwie były z tego samego materiału, nieistotne), w międzyczasie dochodząc do wniosku, tak totalnie znikąd, a już tym bardziej nie w związku z językoznawstwem, że nie jest mi wszystko jedno.

Teraz jest bardzo wczesna wiosna (żeby nie napisać 'późna zima', brr) i pewnie nie zarwę dziś nocy, choć znów się uczę (tym razem czegoś zupełnie niezwiązanego z uczelnią), ale znów mogłabym napisać, że nie jest mi wszystko jedno. 

To być może niewiele znaczy względem wszechświata i w ogóle, za to ładnie kontrastuje z tym, co pisałam wcześniej, jeszcze na wckaczce.

Jakoś zaraz po maturze, czy może nawet przed lub w jej (ich) trakcie, napisałam prostą notkę w jednym zdaniu, które brzmiało, że jest mi wszystko jedno. Po kilku miesiącach przerwy napisałam kolejną, w której nieśmiało napomniałam, że dodaję ją niepewnie, bo nie jestem przekonana, czy coś się od poprzedniej zmieniło.

Więc teraz niemal po roku przerwy wypadałoby mi napisać to samo, co napisałam wtedy po kilku miesiącach. Co niniejszym czynię.

Tak trochę niepewnie dodaję tę notkę, bo nie jestem do końca pewna, czy coś się od poprzedniej zmieniło.

Nie jest mi wszystko jedno.

(z pewnością niewiele to znaczy względem wszechświata, ale nie każdy musi zaraz przedkładać interesy wszechświata nad swoje własne, nie?  proszę nie zrozumieć mnie źle, chętnie się zajmę problemami wszechświata, na pewno są bardzo zajmujące i interesujące, to bez wątpienia, ale tak jakoś do swoich mi bliżej. wygodnictwo.)

chwilowo zajął mnie przypadek rzeczownika w pierwszym zdaniu w nawiasie, pewnie dotrze to do mnie później.

Właściwie, żeby jakoś ten rok nadrobić powinnam napisać, jak to 2010 był fatalny na początku, wakacje były upalne, nieco stresujące, ale za to miały wyjątkowo fajną końcówkę, potem nadszedł rok akademicki i huczna przeprowadzka, potem następuje dziura w pamięci, bo zupełnie nie pamiętam listopada i grudnia, za to świetnie pamiętam styczeń i luty. Tak, luty był fajny, stwierdzam z zadumą. A w marcu...

W marcu dorwałam fuchę w coffee, co jest związane właśnie z tym, czego się teraz uczę. Uczę się np. składu kanapki "kurczak balsamico" i próbuję zapamiętać, czy w "łososiu po amerykańsku" jest ogórek (jest). Kawy ciepłe już opanowałam, zimne tak mniej-więcej, procedury i terminy przydatności do spożycia zostawiam sobie na jutro. Zapraszam na kawę.

Znów, nie jest to jakoś niezwykle ważna informacja, ale skutecznie odbija mi się na organizacji czasu. Kwestia przyzwyczajenia, nie?

Napisałam tyle słów, ale w żadnym nie znajduję czegoś więcej. Kiedyś napisałabym trzy zdania i byłyby one nafaszerowane tym, co siedziało we mnie i gryzło od środka. Mówiłyby więcej, niż byłabym zdolna otwarcie przekazać. Chciałabym napisać trzy zdania, które wyciągnęłyby ze mnie to, czego ja nie potrafię. A może kluczem do tego jest odpowiedni nastrój. Może muszę trochę złagodnieć, pozwolić sobie na ckliwość (Nabokov mi się przypomina: "pozwólcie mi raz na ckliwość, tak mnie zmęczył mój cynizm!").

Kiedyś chciałam być robotem. Trochę szkoda że nie zauważyłam, że prawie nim byłam.  


detunedradio 2011-03-24 22:49:44
skomentuj (1)